Wiem, że to mało
przyjemny temat, ale w związku z tym, że od 5 dni męczy mnie jakaś malezyjska
odmiana grypy, postanowiłam się z wami podzielić moim chorobowym doświadczeniem.
Wygląda na to, że należymy (ja i moje dzieci) do mało odpornych stworzeń, bo dość
często coś nas tutaj łapie.
Zacznę od początku:
W pierwszym półroczu
mojego pobytu w tym egzotycznym kraju dostałam rozstroju żołądka, co podobno
jest normalne, bo woda inna i jedzenie o wiele bardziej przyprawione, a
wiadomo, że człowiek chciałby wszystkiego spróbować. Nie będę tu opisywać, jak
ostry miałam ten nieżyt, ale oczyściłam się ze wszystkich stron i chyba za
wszystkie czasy. Pamiętam, że kiedy moja Mama przyleciała do mnie w odwiedziny jakieś
4 lata temu, to przeszła też to samo, ale niestety bardzo szybko się odwodniła
i mój mąż (lekarz) musiał ją podłączyć do kroplówki. Niby żadne szczepienia nie
są obowiązkowe dla turystów odwiedzających Malezję, ale myślę, że takie
szczepienie ochronne przeciwko żółtaczce A i B oraz durowi brzusznemu jest
bardzo wskazane.
Pewnego razu Adaś
dostał od kolegi z przedszkola taki wirusik, a jak się później okazało, bakterię,
która wywołała krwotoczne zapalenie spojówek, a następnego dnia mnie też się dostało:/ Bakteryjne, krwotoczne zapalenie spojówek
charakteryzuje się nie tzw. różowym zabarwieniem białek, ale krwistoczerwonym! Masakra!
Wyglądaliśmy jak z jakiegoś horroru. Choroba rozpoczęła się silną ropną
wydzieliną z oczu, następnie wielkim obrzękiem dolnej i górnej powieki, przez
jeden dzień, pamiętam, kompletnie nie mogłam otworzyć oczu, a kiedy już otworzyłam,
ujrzałam w lustrze oczy potwora. Trzymało nas to ponad tydzień i bez
antybiotyku się nie obeszło. Choroba zakaźna i musieliśmy siedzieć w domu.
Inne choróbsko przywlókł
Józio, było to tzw. HFMD (hand, foot and mouth disease) „Rączki, stopy i usta”
jest bardzo popularną chorobą w Malezji i zaliczaną przez Ministerstwo Zdrowia
do tych epidemiologicznych. Najczęściej dotyczy małych dzieciaków i jest zmorą każdego
przedszkola, bo bardzo szybko się roznosi. Józia przedszkole zamykają na tydzień,
jak są więcej niż 3 przypadki zakażonych dzieci w grupie. Nie ma żadnego
lekarstwa na tę chorobę. W buzi, na rączkach i stopach pojawiają się swędzące pęcherzyki,
lekarz przepisuje jakieś maści, ale niewiele to pomaga. Dziecko gorączkuje, nie
chce jeść i jest potwornie marudne. Niezawodny jest paracetamol i zmuszanie do
picia wody, mleka, żeby dziecko się nie odwodniło. Po jakimś tygodniu wszystko
wraca do normy.
Raz na trzy miesiące
moje dzieci dopada jednodniowa gorączka, ale są też tak zwane trzydniówki. Nie
ma żadnych innych objawów, tylko gorączka, która po 3 dniach sama sobie
przechodzi.
To wszystko jest
niczym w porównaniu z wirusem Dengi, który przyniósł mi pewien komar.
Najgorszemu wrogowi nie życzę bliższego kontaktu z tą chorobą.
![]() |
zdjecie pochodzi z sieci |
Pamiętam dokładnie
miejsce, gdzie pojawiły się pierwsze objawy (niestety nie pamiętam tej wstrętnej
komarzycy), było to w sklepie, potworny ból głowy, nie do wytrzymania, musiałam
natychmiast wrócić do domu. Mięśnie bolały jak przy grypie, wysoka gorączka,
brak apetytu, nudności, nie byłam w stanie nawet wody przełknąć. Leżałam jak dętka
i palcem ciężko mi było kiwnąć. Po kilku dniach pojawił się okropny ból oczodołów,
nigdy czegoś takiego nie miałam, nie mogłam obrócić gałek nawet o milimetr, tak
mnie bolały. Wysypka pojawiła się, ale jakoś mało dokuczliwa była w moim
przypadku. Mąż codziennie mi pobierał krew, bo ważne jest, żeby spadek krwinek białych
nie przekroczył pewnej niebezpiecznej granicy. Przy dengi trzeba pić dużo wody,
ja jej niestety nie byłam w stanie pić, cofało mnie od razu i dlatego przez dwa
dni byłam podłączona do kroplówki. Jak dobrze jest mieć męża lekarza, bo
zamiast w szpitalu, mogłam sobie leżeć w domku J
![]() |
W mojej okolicy raz na miesiac spryskuja teren, zeby wytepic komary. zdjecie pochodzi z "daylife.com" |
Zdarzają się
przypadki śmiertelne, kiedy dochodzi do komplikacji, gorączki krwotocznej itp. Ten
wirus jest szczególnie niebezpieczny dla dzieci.
Dla
zainteresowanych link z artykułem o tym wirusie w jednej z malezyjskich gazet:
A teraz po 3
dniach gorączki zaczął mnie męczyć potworny suchy kaszel. Wczoraj myślałam, że zbliża
się mój koniec, kiedy do ataku kaszlu dołączyły duszności astmatyczne. Biedny Adaś
płakał przy moim łóżku i błagał, żebym nie umierała. I znowu pomoc męża okazała
się bezcenna - po pewnym zastrzyku w pupę mi przeszło.
W międzyczasie przeszliśmy
też kilka zapaleń oskrzeli u Józia, zapalenie płuc z dość długim pobytem w
szpitalu. Każdy z chłopaków złamał sobie po jednej górnej kończynie.
Tak więc
zawsze cos się dzieje ha ha;)
ło matko! Masakra! Przez chwilę zaczęłam sobie myśleć, że może to dobrze, że mieszkam w Polsce... szczęście, że masz Męża lekarza! Wielkie szczęście!! Pozdrawiam i oby jak najmniej takiego chorowania!!
OdpowiedzUsuńo rety! masakra, mnie od razu ciary przechodza na sama mysl o komarach przenoszacych chorobska brrrr...
OdpowiedzUsuńa teraz jakies w biale czarne paski do Europy zawitaly i tez roznosza wirusy. Na szczescie w UK przez zimny klimat nie ma wielkiego problemu z tymi szkodnikami.
Wracaj do zdrowia! i wiecej odpornosci! :)
No to ładnie was tam choróbska dopadają....kiedyś znajomy poradził mi,ze jak będe gdzieś w świecie i dopadna mnie jakies żolądkowe wirusy to mam szybko biec do McDonalda - zjeśc burgera i popic duża Colą - ta trucizna zabija kązdego wirusa...heheh
OdpowiedzUsuńJej dużo tych choróbsk was dopada - na szczęście nie dajecie się im i szczęśliwie mijają :) A ja myślałam, że to ja jestem takim odosobnionym przypadkiem którego imają się wszelkie bóle głowy i złamania ;). Masz wielkie szczęście, że masz męża lekarza :):) idąc tym śladem chyba powinnam znaleźć sobie męża ortopedę, chirurga i rehabilitanta w jednym :)
OdpowiedzUsuńGorąco pozdrawiam i zdrowia życzę.
AwinionkaBVB:)